Wprowadzenie    Liturgia słowa    Katecheza    Rozważanie

II NIEDZIELA ZWYKŁA Rok B (zielony) Nr 5 (18 stycznia 2015)

Katecheza

Paweł, ty żyjesz?

Żyje do dziś, choć lekarze nie dawali mu żadnych szans. Wierzy, że uratowali go bł. Męczennicy Podlascy z Pratulina.
W roku 1995, kiedy byłem w drugiej klasie podstawówki, lekarze zdiagnozowali u mnie padaczkę. Dopiero tomografia głowy wykonana trzy lata później wykazała, że powodem ataków było zupełnie coś innego. Dzięki interwencji rodziców szybko trafiłem do Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu (dalej: CZD). Okazało się, że mam guza mózgu. Po biopsji dowiedzieliśmy się, że to PNET, czyli prymitywny guz centralnego układu nerwowego. Był umieszczony głęboko w mózgu i miał najwyższy stopień złośliwości. Specjaliści orzekli, że ze względu na trudną lokalizację nie da się go zoperować. Powiedzieli, że mam przed sobą najwyżej sześć miesięcy życia. Potem rozpoczęły się serie chemioterapii i naświetlań. Leczenie nowotworu rozpoczęto w Wielki Czwartek 1998 r. Szybko wypadły mi włosy, złapałem zapalenie płuc, pogorszyły się wszystkie wyniki. Guz najpierw się zmniejszył, a później znów zaczął rosnąć. Niedługo potem doszło do wylewu krwi do mózgu. Miałem sparaliżowaną jedną stronę ciała. Kolejnym ciosem była zapaść. Straciłem przytomność. Moje serce uderzało 42 razy na minutę. Lekarze stwierdzili, że mam przed sobą 2-3 godziny życia. Taki stan trwał jednak przez tydzień. Kiedy odwiedził mnie ks. Jacek, mój katecheta, nagle otworzyłem oczy i powiedziałem: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Potem znów odpłynąłem. Gdy się już na dobre obudziłem, poprosiłem, aby odwieziono mnie do domu. Znów był Wielki Czwartek (1999 r.). Przystąpiłem do spowiedzi, przyjąłem Komunię i sakrament namaszczenia chorych.
Przy życiu utrzymywały mnie kroplówki. W Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego z pomocą bliskich usiadłem na wersalce. Mój stan zaczął się poprawiać. Kiedy znów pojechałem do CZD, pani doktor tylko się przeżegnała i z niedowierzaniem pytała: „Paweł, ty żyjesz?”. Zleciła też słabszą chemioterapię. Potem zrobiono rezonans. Lekarze, którzy opisywali zdjęcia, powiedzieli, „że operacja była udana i bardzo ładnie zrobiona”. O tym, że żadnego zabiegu nie było, poinformowała ich moja pani doktor. Specjaliści powiedzieli nam, że to wyglądało tak, jakby ktoś włożył do mojej głowy rękę i wyjął z niej guza. 3 marca 2000 r. otrzymałem kartę z napisem: „Zakończono leczenie onkologiczne”.
Na początku traktowałem guza jak każdą inną chorobę. Grozę poczułem dopiero, gdy zobaczyłem matkę opłakującą swojego syna. Podczas leczenia nigdy nie zostałem sam. Zawsze była przy mnie rodzina i przyjaciele. Wierzymy, że cud uzdrowienia nastąpił dzięki wstawiennictwu bł. Męczenników Podlaskich. Moi bliscy wielokrotnie jeździli do Pratulina i zamawiali tam Msze św. w mojej intencji. Za każdym razem wpisywaliśmy się do księgi próśb i podziękowań. Mama mówi, że zostaliśmy wysłuchani dzięki naszemu natręctwu. Teraz, każdego, kto ma jakieś kłopoty, kierujemy do Męczenników, których Kościół wspomina 23 stycznia.
Obecnie jestem didżejem. Taniec i muzyka to mój żywioł. I na razie tak zostanie.

Pawła Mazurka wysłuchała Agnieszka Wawryniuk