Wprowadzenie    Liturgia słowa    Katecheza    Rozważanie

PONIEDZIAŁEK W OKTAWIE WIELKANOCY Rok C (biały) Nr 21 (22 kwietnia 2019)

Katecheza


Twarz w ciemności

A propos pęknięć, chcę opowiedzieć o pewnym śnie, czy może wewnętrznej wizji z zamkniętymi oczami, który miałam podczas pierwszego roku studiów, w 1977 roku. Jestem pewna, że ten sen-wizja przytrafił mi się niedługo po wydarzeniu, o którym przypomniał mi w kwietniu 2013 roku F., mój pierwszy mężczyzna.

    Pewnej wczesnojesiennej nocy spałam w moim studenckim pokoiku, kiedy obudził mnie nagły hałas, jakby uderzenie młotkiem w drzwi. Ujrzałam wtedy twarz, jakby zawieszoną w pokoju zanurzonym w ciemności. Twarz z dawnej epoki, uwodzicielską, surową i posępną. Czoło przecięte było kilkoma głębokimi regularnymi zmarszczkami. Nos był kształtny, dobrze osadzony w harmonijnym obliczu, z całkowicie nieruchomymi nozdrzami. Usta wyraźnie zarysowane, również kształtne, były jak gdyby zastygłe w niemej, lecz stanowczej zachęcie. Wpatrywała się we mnie, a ja, sparaliżowana przez lodowaty strach, patrzyłam na nią, przyciągana przez coś bardzo szczególnego, rodzaj szczeliny, która przez nią przebiegała, ciągnąc się od nasady czoła aż do brody. Była to jakby bruzda, pęknięcie, w którym mógłby przesunąć się malutki palec noworodka.
    Ze zduszonym okrzykiem przerażenia zdołałam zareagować na tę siłę, która mnie przytłaczała, i otworzyłam oczy.
    Twarz zniknęła. Usiadłam na łóżku, wyprostowana, w ciemności pokoju. Spojrzałam na budzik na nocnym stoliku. Wskazówki pokazywały wpół do czwartej.
    „To sen – pomyślałam – tylko sen”. Krótko mówiąc, udało mi się uspokoić i ponownie zasnąć.
    Dzisiaj to wspomnienie ma dla mnie nowe znaczenie. Ponieważ pomiędzy tamtym wydarzeniem i obecną chwilą – a minęło ponad trzydzieści lat – odnalazłam Boga. Przypomniałam sobie o Bogu albo raczej – obudziła się we mnie pamięć o Nim, pamięć, która została uśpiona w ciągu tych dziesięcioleci, kiedy to pozornie szczęśliwe życie przeplatało się z powtarzającymi się systematycznie, dwa razy w roku, okresami depresji.
    W tej podzielonej przez bruzdę twarzy widzę teraz wyraźne obraz zła. Demona, walczącego obecnie we mnie z doświadczeniem tego Stwórcy, który z siłą pioruna wtargnął do mojego serca, zaskorupiałego od życia w doczesności i grzechu.
    W świetle powyższego depresja jawi mi się jako boleśnie, dramatycznie prawdziwe uwidocznienie zła gnębiącego dobro, ciemności przyćmiewających światło. Cierpiący na depresję jest jak papierek lakmusowy, świadek, lustro, w którym odbija się zło życia.
    Jak podobne jest do mąk piekielnych jego nieżycie! Nękany przez niestabilny i niespokojny umysł żyje w strachu i udręczeniu, jego zamglone oczy nie są w stanie widzieć i jak dziecko poddane prądom błędnej nauki (por. Ef 4, 14), jest niesiony to tu, to tam niczym łódź bez steru na jeziorze wzburzonym wichurą.
    Ciebie, Panie, w końcu wezwałam, a Ty przyszedłeś mi z pomocą, kierując i doprowadzając moją biedną łódź do spokoju bezpiecznej przystani. Byłam jak mur pochylony, ściana, która się rozpada (por. Ps 62, 4). Przygarnąłeś mnie jak ptak pisklęta pod skrzydłami (por. Łk 13, 34). Zdjąłeś ze mnie wór pokutny, a przepasałeś radością. Zamieniłeś moją żałobę w śpiew (por. Ps 30, 12).


Milly Gualteroni,
Z depresji do wiary,
Świadectwo życia
sławnej dziennikarki,
Edycja Świętego Pawła,
Częstochowa 2017.