Wprowadzenie    Liturgia słowa    Katecheza    Rozważanie

4 NIEDZIELA ZWYKŁA, 65. Światowy Dzień Trędowatych Rok B (zielony) Nr 6 (28 stycznia 2018)

Katecheza

Szelest śnieżynek i myślenickie zamyślenie

Ksiądz Tadeusz Styczeń opisuje wieczorny zjazd na nartach z Księdzem Wojtyłą, starą nartostradą z Kasprowego do Kuźnic. Na szczyt wyjechali ostatnim kursem kolejki, już po zachodzie słońca. W czasie zjazdu Księdza Wojtyłę rozbolały nogi, więc poruszali się powoli.
Po drodze minęli ich strażnicy TOPR-u kontrolujący trasę po raz ostatni w tym dniu. „A co tak pomału? – zapytał mnie jeden, nie rozumiejąc spacerowej jazdy o tak późnej porze – wspomina ks. Styczeń – „Towarzyszowi wysiadły nogi, ale mówi, że dojedzie. Byle do nartostrady. Tam będzie równiej. Nie martwcie się o nas, panowie, damy sobie radę. Bez słowa zniknęli w mroku. Poczekali jednak nieco niżej, sprawdzali jak nocni narciarze sobie radzą. Pod stokiem Myślenickich Turni Ksiądz Wojtyła zatrzymał się. Cisza była urzekająca – pisze ks. Styczeń. – Wskutek ostrego mrozu umilkły nawet odległe potoki. Nic więc nie było w stanie jej zakłócić tej nocy. Słyszałem tylko dotknięcia niewidzialnych śnieżynek siadających na kołnierzu mojej kurtki. (...) Ich szelest nie płoszył tamtej ciszy. Był – i jest dla mnie po dziś dzień – jej miarą.
Trzeba pomedytować – powiedział [Ksiądz Wojtyła]. Nie zwykłem w takich razach wyrażać swojej aprobaty inaczej, aniżeli nic nie mówiąc. Zresztą w czasie naszych wspólnych wypraw narciarskich niewiele się rozmawiało. Owszem, na początku gawędziło się o etyce, o różnych aktualnych sprawach. Potem w czasie dłuższego marszu – a bywało, że podchodziło się na Turbacz, Grzesia i Rakoń nad Chochołowską czy na Gęsią Szyję, nawet na Kasprowy w czasie obezwładnienia kolejki przez halniak – padała propozycja: Pomedytujmy z godzinkę. „Godzinka” przemieniała się zwykle w godziny... brakujące do osiągnięcia szczytu. Tak bywało niemal zawsze już z tą medytacją. Nie wiem więc, jak długo mogło trwać tamto zadumanie u stóp Myślenickich Turni. Nikt nie przeszkadzał, nikt nie... czekał. Można się było nie spieszyć. Trwał w rozmodleniu stojąc przede mną o jakieś dziesięć kroków zwrócony twarzą w stronę ciemni lasu.
Gdy dotarli do Kuźnic, było już bardzo późno, ulica była pusta. Czekali tylko, oparci o drewniany płot na rogu ulicy, dwaj TOPR-owcy, którzy minęli ich na trasie. Zapewne w obawie o kondycję spóźnialskich, obserwowali ich dyskretnie z pewnej odległości, a upewniwszy się, że wszystko w porządku, bez słowa ruszyli w stronę Zakopanego, nie czekając na podziękowania ani na usprawiedliwienie; strzegli bezimiennego człowieka, bo tak nakazywała im etyka, obowiązek służby ratownika górskiego i ludzka solidarność. Nie znam więc ich twarzy, choć kto wie, ile razy wcześniej lub później mogłem im się przyglądać. (...) Pozostali nieznani. Jakby bezimienni stróżowie strzegący bezimiennego człowieka, który został papieżem.

U. Własiuk, Szlaki papieskie. Tatry,
Częstochowa 2010, t. 1, s. 300-301.