Wprowadzenie    Liturgia słowa    Katecheza    Rozważanie

ŚWIĘTO ŚW. SZCZEPANA, PIERWSZEGO MĘCZENNIKA - Uroczyste posłanie Kolędników Misyjnych Rok A (czerwony) Nr 64 (26 grudnia 2016)

Katecheza

To były nasze ostatnie święta

„Tam, gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (Rz 5,20).
Mam 48 lat i kiedy patrzę wstecz, muszę stwierdzić, że w moim życiu układało się bardzo różnie. Nie mogę powiedzieć, że niczego nie żałuję. Najbardziej ubolewam nad własnymi grzechami. Jednocześnie jestem wdzięczna Panu Bogu za każde doświadczenie, które prowadziło mnie do zdroju Jego Miłosierdzia. Z całą pewnością mogę przyznać, że Jezus Chrystus wszedł do mojego życia dzięki Maryi. To Ona nieustannie mnie do Niego prowadziła. Odkąd pamiętam, świadkiem żywej wiary w mojej rodzinie była babcia. To ona uczyła mnie modlitwy. Zabierała ze sobą na różaniec do kaplicy. Kiedy jej zabrakło, moje życie duchowe powoli zaczęło umierać. Przystąpiłam jeszcze do bierzmowania. W liceum brałam udział w lekcjach religii, prowadzonych przez sympatycznego młodego księdza grającego na gitarze. Później, gdy uczestniczyłam z moim przyszłym mężem w naukach przedmałżeńskich, myliłam się już w słowach pacierza…    

Powrót do Pana   
Po ślubie wyjechaliśmy do Niemiec. Tam zapomniałam o Bogu. To był mój Egipt. Byłam zniewolona pieniędzmi i życiem, które kusiło różnorodnymi uciechami. Uwierzyłam w podsuwane przez Szatana kłamstwa. Po powrocie do Polski sytuacja się nie zmieniła. Byliśmy piękni, młodzi i bogaci, więc Pan Bóg nie był nam do niczego potrzebny. Na świat przychodziły kolejne dzieci.
Zwrot nastąpił dopiero w momencie przystępowania do I Komunii Świętej mojego najstarszego syna. Nagle uświadomiłam sobie, że nie mogę dłużej tak żyć, że oszukuję samą siebie. To był okres wielkanocny. Pierwszy raz od dziesięciu lat przystąpiłam do spowiedzi. Zaczerpnęłam ze zdroju Miłosierdzia Bożego i otrzymałam rozgrzeszenie. Wiem, że zwycięstwo dokonało się dzięki Maryi i modlitwie mojej zmarłej babci. Nawrócenie przyszło cicho, prawie niezauważalnie, bez żadnych burz i przewrotów. Czułam wtedy wielki głód Boga. Zaczęłam Go szukać na wiele sposobów. Dzięki temu, że przychodziłam na Msze św., ktoś mnie zauważył i zaprosił do wspólnoty Oazy Rodzin. Pojechałam też na pielgrzymkę do Lichenia. Tam rozpoczęła się moja prawdziwa przyjaźń z Matką Bożą. Zaczęłam modlić się na różańcu, wstąpiłam do koła różańcowego, chodziłam na piesze pielgrzymki do Częstochowy. Maryja powoli, ale skutecznie prowadziła mnie do swego Syna. Poznawałam, czym jest Boża miłość, opieka i prowadzenie. Doznawałam tego szczególnie podczas choroby męża, który przeszedł rozległy zawał. Wtedy zbliżyliśmy się do siebie i do Boga.

Ostatnie Boże Narodzenie
 Niestety, ta sytuacja nie trwała zbyt długo. Nasze małżeńskie życie zaczęło się psuć. Nieustannie prosiłam na różańcu o zdrowie dla męża, o poprawę naszych relacji, o wzajemną miłość. Pan wysłuchał moich próśb. Na krótko przed śmiercią męża nasze stosunki się polepszyły. Razem spędziliśmy Boże Narodzenie. To były nasze ostatnie wspólne święta, ponieważ za jakiś czas małżonek przeszedł trzeci zawał. Tym razem skutek był śmiertelny. Zostałam sama z czwórką dzieci. Najstarszy syn miał 17 lat, najmłodsza córka 3 lata. Na moje barki spadła zadłużona firma budowlana i kredyty. Nie byłam jednak sama, wiedziałam, że obok mnie jest Pan Bóg. W najtrudniejszych momentach wołałam do Niego: „Dlaczego mnie zostawiłeś? Dlaczego nie mogło być inaczej?”. Dziś wiem, że On cały czas prowadził mnie po „ciemnej dolinie mojego życia”, a nawet niósł mnie na swoich rękach. Wcześniej przez całe życie zajmowałam się domem i prawie w ogóle nie pracowałam zawodowo. Po śmierci męża zaczęłam prowadzić firmę, co po ludzku było nie do udźwignięcia.

Na chwałę Bogu   
Powoli spłacałam długi i kredyty, aby w końcu „na czysto” zamknąć biznes. Sama borykałam się z wychowaniem dorastających dwóch synów i dwóch córek, z codziennością pełną trudu i znoju. Mimo to nie straciłam nadziei. Wszystko dzięki cichej obecności Matki Bożej, która tak jak w Kanie Galilejskiej wypraszała nam potrzebne łaski.
Dzieci powoli wyfruwają z domu. Od niedawna jestem najszczęśliwszą na świecie babcią. Pan powołuje mnie do coraz nowszych zadań w Kościele. Działam aktywnie w kółkach różańcowych, organizuję pielgrzymki, należę do wspólnoty ewangelizacyjnej. Razem prowadzimy kursy ewangelizacyjne. Jeżdżę z modlitwą do ludzi starszych i chorych przebywających w domu opieki. Jestem szczęśliwą, radosną i spełnioną kobietą.
Dziś wiem, że nigdy nie byłam i nie jestem sama. Jezus jest przy mnie zawsze. Wierzę, że przygotował dla mnie jeszcze wiele wspaniałych rzeczy. Uważam Go za mojego Pana i Zbawiciela. Wszystko to, co robię, i owoce mojego zaangażowania oddaję Matce Bożej. Ona bierze to w swoje ręce, uświęca i jako doskonałe zanosi przed tron Boga.
Chwała Panu i cześć Maryi! Amen!

Świadectwa Małgorzaty wysłuchała Agnieszka Wawryniuk